czwartek, 30 stycznia 2014

Moc awokado

Małe, zielone, z pomarszczoną skórką, na dodatek w smaku jakieś takie mdłe. Jeszcze kilka lat temu nikt nie byłby w stanie mnie przekonać, że będę jadła ten owoc bez grymasu na twarzy. Nie jest on zbyt częstym gościem w moim domu, jednak kiedy już się pojawia mogłabym go jeść i jeść. Być może moja niechęć wynikała z tego, że ciężko było znaleźć miękki, dojrzały owoc, który smakowałby tak jak powinien. Znalazłam jednak sposób jak doprowadzić awokado do idealnego stanu, gdy kupimy je niedojrzałe i twarde. Owoc należy owinąć w gazetę i odłożyć w kuchni w ciepłe miejsce. Codziennie trzeba sprawdzać miękkość, by owoc nam nie przejrzał. Zazwyczaj idealnego kandydata na kanapkę, sałatkę lub pastę osiągamy po ok 3 dniach.




W żadnym wypadku nie możemy zapomnieć o fantastycznych właściwościach awokado. Zawiera ono witaminy A, C, E, K, witaminy grupy B, potas, magnez i jest naszym sprzymierzeńcem w poprawie trawienia, gdyż zawiera błonnik. Ponadto pomaga zapobiegać starzeniu się skóry, obniżyć cholesterol, łagodzi stres i przede wszystkim jest zielone. A co zielone, bez znaczenia owoc czy warzywo, najzdrowsze :)
Jeśli chcemy stać się posiadaczami ciekawego drzewka, pestkę awokado możemy posadzić w doniczce. Posadzić to może za dużo powiedziane, ponieważ pestki zaczynają kiełkować nawet po położeniu na ziemi, jeśli tylko jest odpowiednio wilgotno i ciepło. Z mojego doświadczenia, roślina nie jest wymagająca, za to rośnie bardzo powoli. Na owoce nie ma co liczyć, gdyż w naturalnych warunkach dojrzewają od pół do ponad roku. Wyzwanie dla cierpliwych, a zaciekawionym polecam bardziej specjalistyczną lekturę, niż tylko przemyślenia działkowiczki amatorki :)

środa, 29 stycznia 2014

Złooo

Fast food to zło, to wiadomo, ale przychodzą dni, kiedy nie potrafię oprzeć się zapachowi grilowanej wołowiny i jedyne o czym marzę, to wielki burger. Jednak coś by zrobić, żeby wyeliminować wszystkie świństwa, które znajdują się w hamburgerach znanych sieciówek. Przygotowanie burgerów samemu w domu nie zajmie więcej niż 20 minut, a mamy pewność, że posiłek będzie znacznie zdrowszy. Sami możemy skomponować składniki i kupić mięso ze znanego źródła. Niestety moje bułki pochodzą z próżniowego woreczka, nie z piekarni, ale w miarę możliwości korzystajmy ze świeżego pieczywa. Jeśli już zostaniemy zmuszeni do zakupu bułek paczkowanych, zerknijmy na opakowanie i wybierzmy te, które nie wystraszą nas litanią dziwnych substancji w swoim składzie.

Potrzebujemy:
- 4 bułki pszenne z sezamem
- 500 g mielonej wołowiny 
- 4 liście sałaty
- 1 pomidor
- 1/2 czerwonej cebuli
- 2 ogórki kiszone lub konserwowe
- ketchup
- musztarda
- sól pieprz

Przygotowujemy składniki: pomidora, cebulę i ogórki kroimy w paski. Wołowinę ugniatamy na jednolitą masę, dzielimy na 4 części i formujemy okrągłe kotlety. Smażymy na patelni, obok układając spód bułki, żeby się zagrzała. Składamy. Spód, sałata, mięso, sól, pieprz, ketchup, musztarda, pomidor, ogórek, cebula, ketchup, musztarda i zagrzana górna część bułki. Pałaszujemy bez opamiętania :)







W dzieciństwie wydawało mi się, że hamburger jest daniem pochodzącym ze Stanów Zjednoczonych. Nic bardziej mylnego, że pozwolę sobie zacytować jednego z medialnych, młodych mieszkańców Krakowa. Otóż hamburgery pochodzą od naszych sąsiadów zza Odry. Dokładniej chodzi o Hamburg, gdzie ponad 100 lat temu tą oto bułką raczono się podczas wystaw rzemieślniczych. Może ze względu na bliskość geograficzną, mam taką słabość do fast foodów.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Kaczka dziwaczka

Do tej pory pierś z kaczki wydawała mi się tematem nie do przejścia. Nie do końca wiedziałam jak ją odpowiednio przyrządzić, a i samych chęci do zmierzenia się z nią też jakoś zawsze brakowało. Wczoraj zaciekawił mnie przepis Ani Starmach z "Pyszne 25", której przygotowanie pieczonej piersi poszło banalnie szybko. Nie przypuszczałam, że wystarczy jedynie sól, pieprz i majeranek, żeby wydobyć z kaczki to co najlepsze. Całe danie brzmi z lekka kuchnią staropolską, szczególnie towarzystwo pieczonych jabłek, więc jeśli komuś odpowiada taki ton, wypróbowanie go staje się apetyczną koniecznością :)
 
Potrzebujemy:
- 2 piersi z kaczki
- garść posiekanego majeranku
- sól, pieprz
- 4 jabłka
- sporą garść orzechów włoskich
- miód
- 2 łyżki octu jabłkowego
- 300g dokładnie umytych ziemniaków w łupkach

Piekarnik ustawiamy na temperaturę 190 stopni. W garnku nastawiamy wodę. Ziemniaki kroimy w ćwiartki i wrzucamy do osolonej wody. W międzyczasie przygotowujemy piersi, lekko nacinamy skórę w kratkę, przyprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Obsmażamy je na patelni, najpierw od strony skóry, dzięki czemu wytopi nam się tłuszcz. Przekładamy piersi do naczynia żaroodpornego skórą do góry, obok układamy ziemniaki obgotowane w wodzie. Wkładamy do piekarnika na 15 - 20 minut w zależności od stopnia wypieczenia mięsa, jaki chcemy osiągnąć. Teraz zabieramy się za jabłka. Odcinamy górna część z ogonkiem i łyżeczką wydrążamy miąższ wraz z gniazdem nasiennym. Orzechy prażymy przez kilka  minut na gorącej patelni a następnie kroimy nożem. Do wydrążonych jabłek wsypujemy orzechy i zalewamy miodem oraz octem. Podczas pieczenia jabłka mogą puścić sok, więc lepiej umieścić je w mniejszych miseczkach. Wkładamy je do piekarnika na 7 minut przed końcem pieczenia kaczki. Po upieczeniu mięso przykrywamy na kilka minut folią aluminiową, aby odprężyć je, dzięki czemu sok zostanie w środku. Pierś kroimy w centymetrowe paski i podajemy w towarzystwie łódeczek i jabłka. Mniam <3






niedziela, 19 stycznia 2014

Carmel apples

Historia carmel apples, a w zasadzie candy apples sięga początku XX wieku. Po raz pierwszy pojawiły się na wystawie sklepowej amerykańskiego cukiernika, jako mały eksperyment. Zanurzył on jabłka w cukrowym syropie cynamonowym i tak powstał przysmak, który stał się symbolem Halloween.
Obecnie można spotkać wiele wariacji na temat tego smakołyku, znajdziemy jabłka w polewie czekoladowej lub karmelowej. W Polsce zetknęłam się z nimi przy okazji jarmarków świątecznych, gdzie prezentowane na straganach, obsypane kokosem przypominały puchate śnieżynki. Smak niezapomniany, postanowiłam przenieść je więc do swojej kuchni. 
Moja propozycja carmel apples.

Potrzebujemy:
- 5 średnich jabłek, ja wybrałam odmianę Alwa
- 250 dag krówek,
- ok 50 ml śmietanki 30%
- dodatki do posypania jabłek

Na patelni lub w rondlu podgrzewamy lekko śmietankę i wrzucamy krówki. Podgrzewamy mieszając, aż masa rozpuści się i ujednolici. Możemy dodać odrobinę cynamonu. Z pewnością zapach będzie zabójczy, lecz nie dajcie się skusić i spróbować masy. Jest potwornie gorąca, a smak poparzenia skosztowałam osobiście. Cena jaką my kobiety czasem płacimy za łakomstwo:) Tak przygotowaną masą oblewamy jabłka, które wcześniej nabijamy na patyczki. Posypujemy wszystkim na co mamy ochotę: wiórkami kokosowymi, płatkami migdałowymi, posiekanymi orzechami, a nawet M&M's.
Zastanawiałam się czy do masy nie dosypać odrobiny soli, która podbiłaby smak. Widać będzie powód, żeby zrobić te cuda po raz kolejny :) 







środa, 15 stycznia 2014

Kto jada ostatki...

Nadchodzi taki czas, kiedy w lodówce zaczynają gromadzić się końcówki różnych produktów, na które za bardzo nie mamy pomysłu. Plasterek szynki, kawałek zeschniętego sera żółtego, ścinki warzyw, czerstwa bułka czy chleb. Oczywiście mam na myśli jedynie produkty, które nadają się jeszcze do spożycia. Przy okazji świątecznego buszowania w internecie natrafiłam na artykuł poczytnej gazety, właśnie dotyczącego tematu marnowania żywności przez Polaków. Niestety zajmujemy dość wysokie, niechlubne miejsce w rankingu europejskim. To dziwne i trochę dla mnie niezrozumiałe. Na każdym kroku mamy mnóstwo większych, mniejszych sklepów, często czynnych do późnych godzin wieczornych. Robienie zakupów na bieżąco nie stwarza większego problemu. Według mnie wyrzucanie jedzenia jest czymś niedopuszczalnym. Świadczy o niezaradności i nieposzanowaniu własnych pieniędzy. To przykre, że nie kontrolujemy swoich zakupów. Mam nadzieję, ze nastanie moda na rozsądne jedzenie i świadome wyrzucanie posiłków będzie mega obciachem.
Jak się okazuje, bardzo rzadko, albo wcale nie zwracamy w sklepie uwagi na terminy przydatności do spożycia. Na produktach możemy spotkać dwa rodzaje informacji dotyczących terminu ważności produktu. NALEŻY SPOŻYĆ DO oraz NAJLEPIEJ SPOŻYĆ PRZED. Niby podobne, a jednak jest mała różnica. Napis: Należy spożyć do informuje nas o tym, że dany produkt ABSOLUTNIE musimy spożyć do dnia podanego na opakowaniu. Dotyczy to głównie nabiału, wędlin, mięsa oraz wody. W drugim przypadku: Najlepiej spożyć przed, często nie mamy podanej dokładnej daty, lecz miesiąc. Produkt najlepiej jest spożyć do końca danego miesiąca, jednak w wypadku np. mąki, kaszy czy innych produktów sypkich, istnieje możliwość ich spożycia nieznacznie po terminie, na własną odpowiedzialność, jeśli oczywiście stan produktów na to pozwala :) Być może ta informacja spowoduje, że nie będziemy odruchowo wyrzucać do kosza produktów, którym można dać jeszcze 2, 3 dni na spożycie.

To może tyle moich przemyśleń, teraz coś na ząb :)

Potrzebujemy:
- czerstwą :P lub świeżą bułkę
- szynkę
- ser żółty
- przyschnięte pomidory
- paprykę
- pieczarki
- wszystko, co zalega nam w lodówce

Ze składników przygotowujemy zapiekanki (w piekarniku ok 5 minut, temperatura 170 stopni). 

Doprawiamy dowolnie. Chrupiemy ze smakiem :)






czwartek, 9 stycznia 2014

Czekolove

Bardzo dawno nie piekłam słodkości. Z okazji dzisiejszego dnia postanowiłam zmierzyć się z muffinkami czekoladowymi. A może raczej nie z nimi samymi co z piekarnikiem, który nie reaguje na polecenia i piecze jak chce. Udało się ! Zdjęcia jak zwykle nie odzwierciedlają naturalnego piękna, gdyż zazwyczaj zabieram się za gotowanie późnym popołudniem i nie mam co liczyć na dobre światło. Co gorsze, nie można w załączniku dodać zapachu rozpuszczającej się czekolady! Działa na mnie niesamowicie kojąco i daje poczucie bezpieczeństwa <3
Do dzieła :)

Ciasto:
- 300 g mąki pszennej
- 40 g kakao
- 150 g cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 2 jajka
- 1 opakowanie cukru wanilinowego
- 250 ml mleka
- 125 g roztopionego, wystudzonego masła
- 100 g czekolady gorzkiej

Dekoracja:
- opakowanie kremu czekoladowego lub orzechowego
- płatki migdałów
- orzechy laskowe
- perełki cukrowe
- cukier puder
- czekoladowe rurki
- bita śmietana naturalna
Oczywiście do wyboru :) Można wykorzystać dosłownie wszystko, jedynym ograniczeniem jest nasza własna wyobraźnia.

Suche składniki, poza cukrem przesiewamy przez sitko i mieszamy razem. W misce roztrzepujemy jajka i rozcieramy je z cukrem na puszystą masę. Wlewamy rozpuszczone, wystudzone masło. Stopniowo dosypujemy mąkę z pozostałymi składnikami, na przemian wlewając mleko. Mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Tabliczkę czekolady kroimy nożem na niezbyt drobne wiórki. Dodajemy do masy.
Foremki wypełniamy do 3/4 wysokości. Ja do pieczenia użyłam blaszanej formy na muffinki, na 12 sztuk. Do poszczególnych otworów włożyłam papierowe papilotki. Równie dobrze formę można posmarować masłem i oprószyć cukrem lub mąka, jednak trzeba pamiętać, że wtedy nie zachowamy jednolitego koloru ciasta.

W zależności od piekarnika, mój jest niestety nieobliczalny :O, powinno wystarczyć 20 minut w 180 stopniach z  termoobiegiem. 
Po ostudzeniu, muffiny dekorujemy kremem i dowolnymi smakołykami. Osobiście zdecydowałam się na Nutellę i płatki migdałowe. Dużym plusem jest to, że ciasto po upieczeniu pozostaje mokre, a nie jest zapychające. Pycha!




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Gryczane naleśniki

Za kaszą gryczaną niespecjalnie przepadam. Kiedyś wpadłam nawet na pomysł, aby przyrządzić ją na słodko, jak się okazało była to jedna z większych kulinarnych pomyłek w moim życiu. Na szczęście, kaszę gryczana można kupić również w postaci mąki, która świetnie sprawdza się do naleśników lub blin. Pierwszym moim spotkaniem z mąką gryczaną były właśnie bliny. Bardzo posmakowały mi i mojemu Smakoszowi, dlatego postanowiłam spróbować czegoś nowego. Padło na naleśniki. Najbardziej pasował mi do nich wędzony łosoś, choć myślę, że ze szpinakiem i serem feta też zrobiłyby furorę. Mąkę można znaleźć w sklepach z ekologiczną żywnością, które rosną jak grzyby po deszczu. W coraz mniejszych miastach powstają stoiska oferujące zdrową żywność. Nie sprawdzałam, jeszcze, ale skoro w hipermarketach są dostępne różne rodzaje mąki, to być może gryczana również znalazła tam swoje miejsce. Warto poszukać.

Potrzebujemy:
CIASTO
- 50 g mąki pszennej
- 50 g maki gryczanej
- 75 ml mleka
- 125 ml wody
- 1 jajko
- 1/2 łyżki rozpuszczonego masła
- sól, pieprz

 NADZIENIE
- 200 g łososia wędzonego, w plastrach lub filet
- serek almette naturalny

- szczypiorek

Ze składników przygotowujemy ciasto naleśnikowe. Radziłabym mimo wszystko kontrolować konsystencję własnymi zmysłami, żeby nie było zbyt gęste lub za rzadkie. Naleśniki smażymy identycznie jak zwykłe. Smarujemy serkiem, układamy łososia i zawijamy lub składamy w trójkąty. Posypujemy posiekanym szczypiorkiem.

Z tych proporcji wychodzi około 8 naleśników, smażonych na średniej patelni. W sam raz porcja dla dwóch osób.





Klątwa pierwszego naleśnika :)




piątek, 3 stycznia 2014

Makaron z kurczakiem

Najbardziej popularnym i najłatwiejszym w przygotowaniu mięsem goszczącym na naszych stołach jest drób. I choć pod względem wartości odżywczych daleko mu na przykład do wołowiny, to ze względu na neutralny smak i delikatniejszą strukturę często staje się bazowym składnikiem naszych kulinarnych wariacji. Coraz częściej możemy usłyszeć o nienaturalnych modyfikacjach trybu życia kurcząt oraz podawanego im pożywienia, co niewątpliwie skutkuje pogorszeniem jakości mięsa. Świeży filet z kurczaka powinien być jasno różowy, NIE BIAŁY, sprężysty i nie kosztować mniej niż 17-18 zł za kilogram. Pakowane próżniowo mięso bywa lepsze, niż przetrzymywane w sklepie w nieodpowiednich warunkach. Warto też dowiedzieć się więcej na temat znaku jakości QAFP (Quality Assurance for Food Products), który stoi na straży wysokiej jakości produktów spożywczych. Pomoże nam to uniknąć niemiłych niespodzianek na talerzu, nie tylko tych mięsnych.

Moja drobiowa propozycja na dziś?
Kurczak w sosie pieczarkowym - Oto on :)

Potrzebujemy:
- 150 - 200 g makaronu tagliatelle
- 1 filet z kurczaka
- 15 dag pieczarek
- 1 mała cebula
- 1 łyżka masła
- 100 ml śmietanki
- natka pietruszki
- sól, pieprz

Kurczaka myjemy i kroimy w kostkę. Przyprawiamy solą z pieprzem i podsmażamy na odrobinie oliwy. Cebulę kroimy w drobną kosteczkę, pieczarki w plasterki i wrzucamy na druga patelnię z rozpuszczonym masłem. Podsmażamy do momentu aż woda z grzybów odparuje. Zagotowujemy wodę na makaron. W smaku powinna przypominać wodę morską. I słusznie. moim zdaniem dopiero wtedy uwydatnia się smak dobrego makaronu. Gotujemy makaron. Zawsze al dente. Do pieczarek wrzucamy kurczaka, minutę podgrzewamy razem i dodajemy śmietankę. Mieszamy do pierwszego bulgotka. Wykładamy na talerz, posypujemy natką pietruszki. Gotowe!



czwartek, 2 stycznia 2014

Z innej beczki

Buszując pośród kominowych wyprzedaży w poszukiwaniu tego jedynego, nie natrafiłam na nic co zawróciło by mi w głowie, lecz nie w portfelu. Może obecny sezon, pełen szarości i czerni nie trafił w mój gust. Tak czy inaczej w głowie zrodził się plan. Postanowiłam nauczyć się kilku ściegów i własnoręcznie wykonać komin taki jaki mi pasuje. O dziwo początki nie były tak trudne (zasługa cierpliwej nauczycielki:) jednak z początku oczka gubiłam nienagannie. Po kilku próbach zaskoczyłam samą siebie.

Do wykonania komina użyłam 15 dag włóczki akrylowej i drutów o grubości 6 mm.
Ścieg angielski.




Poniżej kilka zdjęć z realizacji.
Zachęcam do spróbowania swoich sił. Duże pokłady cierpliwości i czasu mile widziane:)









 Pomoc naukowa znaleziona w biblioteczce